Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates

40-lecie BSA w oczach (eks)wychowanka

 

 

                Łubudu, bum…, bum…, trach… (Proszę wybaczyć te prymitywne środki dźwiękonaśladowcze!) Co się dzieje? Skąd te odgłosy? Nie, to jeszcze nie czterdziestolecie. To ustawianie krzeseł w stołówce, to gwar próby, to wrzaski, krzyki i jęki towarzyszące zawsze takim uroczystościom - tzn. pojawiające się zanim takie uroczystości się zaczną. Bo potem jest ład, porządek, harmonia, jednym słowem – sielanka (Grecka? Nie. Raczej nie, bo brak pasterzy, bydła, trawy i ogólnie sielankowego nastroju.)

                No dobrze, ale co dalej…? Próba była, wszyscy już ładnie ubrani, niektórzy zestresowani, ponieważ pierwszy raz założyli na siebie garnitur i krawat (mówię tu oczywiście tylko o sobie, miałem bowiem zaszczyt wziąć czynny udział w części artystycznej, o czym w dalszej kolejności nieco więcej), a jeszcze inni – co tu dużo gadać –niezadowoleni. A po co ja mam przychodzić w sobotę do Bursy? Po co mi jakiś śmieszny dyplom. Posiedziałbym se przed telewizorem, pijąc piwko, i lepiej bym ten czas wykorzystał… Takich jednostek całe szczęście jest niewiele, a może nawet wcale nie ma. Musiałem o tym jednak napisać, żeby jakoś urozmaicić moją wypowiedź!

                O.K. Wracam do poprzedniego wątku.

                Pani Lutowicz (pardon – Pani Profesor Anna Lutowicz), jak zwykle przy takich okazjach, świetnie się prezentuje. Błyszczy wśród tłumów. Tak, bo tłumy rzeczywiście były, nie da się ukryć tego faktu. Tak pięknej nie widziałem jej jeszcze nigdy. I chyba już nigdy nie zobaczę… Bo następne czterdziestolecie za 40 lat!

                O, ludzie, czy Wy też zauważyliście, że wpadłem w jakiś ohydny, niepoważny ton?

Pani Profesor, już będę grzeczny, obiecuję… W każdym razie postaram się. Ale fakt jest faktem, olśniła Pani nie tylko mnie.

                Natomiast podniosły ton Pani Profesor – mile widziany w takich okolicznościach – przeszył mnie na wskroś. To już nie jakaś bursa, to nie jakaś stołówka. To grecka świątynia z kapłanką odprawiającą modły… Tak, sakralizacja sięgnęła szczytu szczytów.

                Koniec żartów! Teraz na poważnie.

                Trzeba wyraźnie powiedzieć, i właśnie to robię, że Pani Profesor włożyła naprawdę wiele czasu, energii i serca na przygotowanie całej uroczystości. I było to widać. Było widać, że to właściwa osoba na właściwym miejscu.

Pan Dyrektor również zaskoczył mnie mile. Był – jak zwykle zresztą – pełen energii, pasji, życia - pomimo garnituru. Tak, gdyby człowiek nie musiał wkładać tego „sprzętu”, o ile piękniejszy byłby świat. Byłoby cudownie, byłoby jak w niebie… Wiem coś o tym, Panie Dyrektorze, również nie przepadam za tego rodzaju wynalazkami. Oprócz uwag o garniturze Panu Dyrektorowi należy się coś więcej. Bez niego ta bursa wyglądałaby zupełnie inaczej, w znaczeniu gorzej…I byłoby to inne miejsce. Bez takiej ilości polotu, humoru i „czołem”.

No, nie mogę. Ciągle jestem niepoważny. Za dużo Gombrowicza. Zaraz, zaraz…, a jest jeszcze Gombrowicz, czy już go nie ma? (To chyba odrębna kwestia. Nie będę w nią wchodził.)

Teraz natomiast krótko streszczę imprezę.

Była, oczywiście, część oficjalna, byli goście: wizytator CEA (Centrum Edukacji Artystycznej), dyrektorzy (nie tylko) szkół muzycznych, dyrektorzy szkół plastycznych. Ale to nie wszystko. Mogliśmy bowiem także wysłuchać wspomnień z pierwszych lat funkcjonowania Bursy. O swoich wrażeniach opowiedzieli również jedni z pierwszych mieszkańców BSA. (Proszę mi wybaczyć, że tak niewiele o niej napisałem. Ma to związek z charakterem mojej wypowiedzi – to, mówiąc krótko, impresje zaślinionego wariata.)

Po owej części – charakteryzującej się dyplomomanią – nastąpiła część, którą nazwałbym mniej oficjalną. Zawarły się w niej występy kilku solistów, zespołów, recytatorów oraz ludzi szczerze oburzonych degrengoladą moralną współczesnego świata.

Po części mniej oficjalnej przyszedł czas (wreszcie – ale nie tylko ja na to czekałem) na cząstkę w ogóle oficjalną (czyli w ogóle nieoficjalną), która odbyła się w świetlicy głównej. Zainteresowanych a niezorientowanych pragnę poinformować, że miała ona związek raczej ze sferą profanum niż sacrum. Nie chodzi tutaj o żadną profanację. Broń Boże. Chodzi o suto zastawiony stół. Pełen kiełbasek smalczyku, baleroniku, szyneczki, karkóweczki… Który z każdego kąta sali kusił, żeby podejść i …Ach, do tej pory to wspominam!

Proszę wybaczyć, ale nie będzie podsumowania. Na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas.

Proszę pozwolić, że ograniczę się jedynie do cytatu z Witkacego: „W ogóle cała ta rzecz […] jest świetnie zaaranżowana […] Ale jest to nic więcej jak czysta forma pewnych wypadków, zastygłych w nieskończoności istnienia.”

P.S. Pragnę zauważyć, że powstał świetny kalendarz okolicznościowy który warto zobaczyć (w holu głównym BSA).

P.S. 2. Pozdrawiam serdecznie (kjw).